Ja uważam, że nie zawsze i mocno zależy to od sytuacji i relacji, w jakich obecnie jest zespół czy firma.
Jeśli jest to grupa osób, które się lubią, ufają sobie i potrafią ze sobą dobrze współpracować, to jak najbardziej spotkania integracyjne wszelkiej maści mogą wzmocnić te więzi i jeszcze bardziej poprawić efektywność.
Podobnie w przypadku nowopowstałego zespołu – spotkanie poza pracą pozwoli ludziom się lepiej poznać i prawdopodobnie przyspieszy nawiązanie relacji.
Zupełnie inaczej sytuacja ma się, gdy mamy do czynienia z zespołem, w którym występują jakieś problemy, nieporozumienia czy nawet konflikty. W tym przypadku liczenie na to, że wieczór przy piwie czy kolejne zadanie teambuildingowe magicznie naprawią atmosferę, jest moim zdaniem co najmniej naiwne.
Spotkałam się z opinią, że ktoś nie może się dogadać z kolegą w pracy, bo ten nie przychodzi na integracje firmowe. Szczerze? Uważam, że to totalna bzdura. Jakość wspólnej pracy nie jest wprost proporcjonalna do czasu wspólnego imprezowania i nie musisz być z kimś przyjacielem, aby z nim efektywnie współpracować.
Zwłaszcza, że nie każdy lubi i chce się jakoś mocno integrować poza pracą.
Są przecież introwertycy, którzy nie czują się dobrze wśród dużych grup albo tacy, którzy w pracy chcą pracować, a na wspólne wypady rozrywkowe wolą towarzystwo pozapracowe.
Z ciekawością obserwuję też pewne ciśnienie na spotkania „na żywo” w firmach, które oferują pracę w 100% zdalną. Jeśli zdecydowałeś się na taki model pracy, to nie ściągaj przymusowo ludzi z różnych zakątów kraju (a często i świata) na comiesięczne spotkania zespołowe. Jeśli nie wierzysz w efektywność pracy zdalnej, to po prostu zmień system (jeśli jesteś osobą decyzyjną w firmie) lub pracę (jeśli jesteś pracownikiem).
Oczywiście nie twierdzę, że spotkania osobiste są bez sensu i nie powinno być ich wcale, ale w przypadku świadomej decyzji o pracy zdalnej skupiłabym się raczej na wyciąganiu z niej maksa korzyści a nie na narzekaniu, że kiedyś, w biurze to było łatwiej zarządzać zespołem i osiągać efekty.
Ale wróćmy do tematu wpływu spotkań integracyjnych na zespół „z problemami”
Jeśli ludzie w zespole się nie dogadują, to może to wynikać z tego, że po prostu nie wiedzą jak się do tego zabrać. Niektórzy boją się konfrontacji i nie mówią głośno o tym, co im przeszkadza, inni próbowali kilka razy szczerze powiedzieć co im leży na wątrobie, ale dostali tak ostrą reakcję zwrotną na feedback, że uznali, że to nie ma sensu i frustrują się sami w sobie lub wylewając żale innym. Może też być tak, że różne podziały zagościły się już tak mocno w zespole, że potrzebny byłby ciężki sprzęt, aby rozbić wybudowane mury.
Sama byłam wiele razy świadkiem tego, że w weekend ludzie idą razem na firmowe wyjście i pozornie świetnie się razem bawią, a już w poniedziałek zaczyna się standardowe narzekanie jednych na drugich lub co gorsza obgadywanie zachowania na imprezie nielubianych osób.
Zastanawiałam się skąd to się bierze i wpadłam na takie możliwe powody:
- Ludzie na imprezie chcą się dobrze bawić, więc nie zaczynają trudnych tematów, aby nie psuć nastoju sobie i innym.
- Jeśli ktoś generalnie stroni od trudnych rozmów i ciężkich tematów, to będzie ich unikał zawsze i wszędzie.
- Często firmowe integracje są tak bogate w różnego rodzaju atrakcje, że trudno znaleźć czas i miejsce na spokojną rozmowę.
- Czasami ludzie idą na firmowe imprezy nie dlatego, że naprawdę chcą tylko dlatego, że tak wypada (i szef naciska) i już na wstępie zakładają maski, które pomagają im przetrwać ten czas i przy okazji uniemożliwiają nawiązanie szczerych relacji.
Jak zintegrować zespół, który się kiepsko dogaduje?
Co więc zrobić, aby ocieplić relacje tam, gdzie są chłodne i napięte?
Zaprosić ludzi na spotkanie integracyjne 😊
Ale nie takie, gdzie okazja do pogadania jest jedynie między piosenkami w pubie lub po wyjściu z escape roomu, gdzie właśnie dowiedliście, że potraficie rozwiązać kilka zagadek.
Takie, gdzie szczera rozmowa i wspólne rozwiązanie zespołowych problemów będzie głównym celem spotkania, a nie jedynie efektem ubocznym.
I taki właśnie scenariusz bardzo obrazowo przedstawia Patrick Lencioni w swoich książkach: „Pięć dysfunkcji pracy zespołowej” i „Przezwyciężanie pięciu dysfunkcji pracy zespołowej”.
Idea wykładania kawy na ławę i zmierzenia się z trudną sytuacją jest mi bliska zarówno zawodowo jak i prywatnie. Uważam, że żaden problem nie rozwiąże się sam od zamiatania pod dywan czy przemilczania dla utrzymania dobrej atmosfery. Bo jeśli już jest jakiś problem (nawet niewypowiedziany głośno) to ta atmosfera raczej już dawno przestała być prawdziwie dobra.
Jak to zrobić w praktyce?
- Zatrudnij zewnętrznego mediatora czy facylitatora i zaproś zespół do kontrolowanej dyskusji na trudne tematy, najlepiej w neutralnym i przyjemnym miejscu poza biurem.
- Zorganizuj szkolenie z dawania i brania feedbacku i przećwiczcie go na konkretnych, z życia wziętych przykładach. Zrobienie pierwszego kroku do otwartej komunikacji pod okiem profesjonalnego szkoleniowca na pewno troszkę Wam ułatwi to wyzwanie.
- Zorganizuj regularne „sesje szczerości” w zespole, które poświęcicie na omówienie i wyjaśnienie stresujących i frustrujących sytuacji, które miały miejsce między Wami. Mogą to być nawet weekendowe wyjazdy, na których oderwiecie się od codzienności i skupicie tylko na poprawie zespołowej komunikacji. Na początku polecam robić to przy wsparciu jakiegoś speca w tym zakresie, ale gdy nabierzecie wprawy i pewności nic nie stoi na przeszkodzie, abyście zaczęli robić to sami, prawdziwie zespołowo.
Niestety nie miałam jeszcze okazji uczestniczyć w tego typu integracji firmowej, ale bardzo bym chciała i liczę mocno, że kiedyś się doczekam 😊