Jesteś właścicielem firmy lub managerem i masz wrażenie, że pracujący z Tobą ludzie są totalnie niesamodzielni i wszystko musisz im pokazywać palcem oraz ciągle prowadzić za rączki?
Istnieje oczywiście prawdopodobieństwo, że tak faktycznie jest, ale to by oznaczało, że albo masz wyjątkowego pecha do ludzi albo sam kiepsko ich wybrałeś.
Możliwe są też inne opcje:
- Może jesteś tak mocno przekonany, że zrobisz wszystko najlepiej, że nie dopuszczasz do siebie myśli, że inne metody (i ludzie) też mogą zadziałać dobrze?
- Może nie ufasz tym ludziom i nie potrafisz odpuścić kontroli nad każdym ich ruchem, bo boisz się, że coś schrzanią?
- Może to też być coś zupełnie innego, na co nie wpadłam.
Ja przez wiele lat miksowałam te dwa podejścia.
Jestem typem bardzo dokładnym, więc dla przykładu mocno męczyłam mój zespół o wymuskane prezentacje – brak literówek i idealnie wyrównane nagłówki. I wkurzałam się, gdy nie traktowali tego tak serio jak ja.
A dlaczego to robiłam? Bo uważałam, że jestem osobiście odpowiedzialna za każdą ofertę, która od nas wychodzi i jeśli tam będzie coś krzywo, to będzie moja „wina”, że jako manager nie dopilnowałam „swoich” ludzi.
To powodowało coraz większe frustracje i zmęczenie po obu stronach.
Aż pewnego dnia przyszła do mnie myśl, że przecież ludzie, z którymi pracuję są dorośli i jeśli oni zrobią błąd, to będzie ich błąd, nie mój. I oni się będą z niego tłumaczyć.
Nie bez wpływu była też tutaj obserwacja tego, jak wiele prezentacji ofertowych innych firm ma i literówki i skaczące tytuły na slajdach, a mimo to, ktoś od nich kupuje 🙂
Drugim game changer’em była dla mnie zmiana zasad współpracy z działem IT.
Jako typowy account manager w agencji reklamowej byłam zawsze na pierwszej linii. To ja się tłumaczyłam klientowi z tego, że nie zdążyliśmy na czas albo z błędów w nowym serwisie www, który dopiero co uruchomiliśmy. Strasznie mnie to wypalało i było iskrą do wielu awantur między mną a zespołem IT. Do tego stopnia, że chłopaki nie bardzo chcieli już ze mną pracować – szaloną Karoliną, która ich tylko ciśnie i opierdziela.
I w pewnym momencie powiedziałam stop. Że owszem, wezmę kolejny projekt, ale jasno rozdzielimy odpowiedzialności i na etapie kodowania zespół IT wyznaczy swojego przedstawiciela, który będzie się bezpośrednio kontaktował się z klientem.
Efekt był zaskakujący – projekty szły lepiej, ja stałam się spokojniejsza (i milsza :P), a chłopaki z IT zobaczyli, jak trudna i stresująca może być praca z Klientem.
Jak wyjść z błędnego koła brania na siebie odpowiedzialności za cały świat?
I zamęczania tym wszystkich dookoła.
1. Uwierz w ludzi i zaufaj ich inteligencji
Wiem, trudne, ale możesz to robić małymi kroczkami i najpierw „testować” to na jakiś małych zadaniach, których ewentualne niedowiezienie, nie będzie miało dużych konsekwencji. To będzie bezpieczniejsze zarówno dla Ciebie, jak i Twoich pracowników 😊 I pamiętaj: tak jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak samo, jeśli nawet ktoś Cię zawiedzie, to wcale nie znaczy, że wszyscy inną też są beznadziejni. Wyjaśnij to z tą jedną osobą, a reszcie ufaj dalej.
2. Wyznacz jasny cel i zniknij z projektu
Powiedz ludziom, jakiego efektu oczekujesz a potem, po prostu daj im nad nim pracować. Oczywiście możesz obserwować postępy, ale nie wchodź do akcji, jeśli tylko ktoś zadziała inaczej, niż Ty byś to zrobił czy zrobiła. Kto wie, może zrobi to lepiej? Nie przekonasz się, póki nie skończy.
3. Zamiast winnych szukaj przyczyn i rozwiązań
Błędy są rzeczą ludzką i zdarzają się każdemu, także Tobie (nawet jeśli zdajesz się ich nie pamiętać). Więc jeśli nawet takowy się w Twoim zespole trafi, nie rozdawaj kar i nie odbieraj sterów. Pomóż ludziom zrozumieć przyczyny oraz znaleźć rozwiązania. I absolutnie nie rób tego za nich, jedynie towarzysz. Pozwól im wziąć odpowiedzialność za własne działania. Wyciągną z tego dużo więcej niż z reprymendy szefa.
No chyba, że jednak nie wyciągną i nie dowiozą, to wtedy przyjdzie właściwy moment na rozliczenie się….z efektów.